Integracja w dżungli Grzegorz Machalik
Wyprawa do dżungli, wspinaczka na pięciotysięczniki i dwa tygodnie w cywilizacji daleko odbiegającej od europejskich standardów. To nie przygoda z Tommym Halikiem. To szkolenie, jakie swoim menedżerom zafundowała pewna firma. Oto relacja jednego z uczestników.
Poniedziałek. Dowiadujemy się, że będzie szkolenie. Temat: praca w zespole. Uczestnicy: kierownicy działów. Termin: styczeń, aż dwa tygodnie. „Coś tu nie gra” – myślimy. Bo do tej pory szkolenia trwały maksymalnie 2 dni. A na treningu z pracy w zespole byliśmy już dwukrotnie.
Wtorek. Do firmy przychodzi lekarz. Bada nas, czyta książeczki zdrowia, a potem szczepi – żółta febra, żółtaczka, dur brzuszny.
Środa. Pod firmę podjeżdżają cztery taksówki. Wsiadam, a razem ze mną 12 menedżerów. W jednym z aut siedzi już Maciek, instruktor alpinizmu i trener zarządzania w firmie szkoleniowej Training Partners. Zaczynamy zaskakujący objazd po sklepach sportowych i turystycznych. W pierwszym kupujemy ciepłe śpiwory. W drugim Maciek każe nam wybrać dla siebie wysokie buty turystyczne. W trzecim ci z nas, którzy nie mają własnej kurtki goretexowej i wygodnego plecaka, otrzymują obie te rzeczy. Tylko nie wiedzą, po co.
Czwartek. Spotkanie, z Rafałem, innym trenerem z Training Partners. To on ma prowadzić nasze szkolenie. W małej salce konferencyjnej już pięć minut przed czasem wszyscy siedzą jak na szpilkach. Zwykle na firmowe spotkania połowa osób się spóźnia, ale wczorajsze zakupy sprawiły, że każdego z nas trawi ciekawość: co znowu wymyślili ci w personalnym? Wyślą nas na poligon?
- Za dwa miesiące czeka Was niezwykła wyprawa, jakiej nie można kupić w żadnym biurze podroży na świecie – zaczyna Rafał. – Ale nie spodziewajcie się, że to będą wakacje na koszt pracodawcy. Ta wyprawa to szkolenie. I jak każde szkolenie, będzie od was wymagać sporo wysiłku i myślenia. Nie powiem, co was czeka – bo wszystko ma pozostać niespodzianką. Ale powiem, jak się do tej wyprawy przygotować, by uniknąć przykrych problemów.
- Niestety kraj, do którego lecimy, pozostanie tajemnicą – kontynuuje Rafał. – Poznacie go na Okęciu, w dniu wylotu. Dziś mogę powiedzieć, że będziemy i w tropikalnej dżungli, i na pustyni, i w wysokich górach gdzie stale leży śnieg. Tam, gdzie polecimy, standardy cywilizacyjne są na poziomie dużo niższym niż w Polsce. A po angielsku mówi mniej niż pięć procent społeczeństwa.
Dalej dowiadujemy się, jak mamy się przygotować. Jaki zabrać ekwipunek, jak spakować plecak, jak unikać ukąszenia przez lokalne insekty i co zrobić, by nie popaść w konflikt z tamtejszą społecznością. Rafał zaleca też poprawę kondycji: długie spacery, siłownię, albo sport. Radzi zabrać dolary, a nie karty kredytowe. Prosi też, byśmy sprawdzili ważność paszportów...
Pół roku wcześniej – historia pewnego e-maila...
Szanowni Państwo,
Czy potrafią Państwo przygotować niestandardowy wyjazd integracyjny uczący współpracy w zespole? Chodzi o wyjątkowo trudną grupę menedżerów, którzy – mimo wielu szkoleń – uparli się i nie chcą współpracować. To kosztuje firmę wiele wewnętrznych niedomówień i konfliktów. Ale nie możemy tych osób tak po prostu zwolnić, bo dużo w nich zainwestowaliśmy, znają wiele firmowych tajemnic i kontakty do wszystkich klientów. Musimy ich jednak skłonić do współpracy, bo bez tego firma nie jest w stanie sprawnie działać. Skoro więc zwykłe szkolenie integracyjne nie działa, przyszła pora na niezwykłe. Proszę o Państwa ofertę w tej sprawie.
Z poważaniem,
J.C.
Dyrektor Personalny
ABC S.A. (dyrektor prosi o nieujawnianie nazwy firmy i jego nazwiska)
Panie Dyrektorze,
Mamy szkolenie dla pracowników, któryzy mimo wielu działań integracyjnych dalej nie mogą się dogadać. Trening, który na uczestnikach dosłownie wymusza współpracę. Wymusza – bo jeśli nie będą współpracować, nie osiągną celu. A jeśli go nie osiągną, czekają ich niemiłe niespodzianki. Proponujemy wywieźć grupę w miejsce, gdzie komórki nie działają, o kartach kredytowych nie słyszano, a po angielsku nie mówi niemal nikt. Scenariusz jest prosty: codziennie grupa będzie musiała wykonać trudne zadanie. Jeśli to zrobi, otrzyma sakiewkę z pieniędzmi. Bez współpracy nie zdobędą gotówki, bo zadania będą przerastały jedną osobę. A ta sakiewka to ich jedyne pieniądze, za które muszą kupić nocleg w hotelu i jedzenie. Nie ma sakiewki – nocleg pod chmurką. Ale z drugiej strony, na koniec szkolenia wszystkie zdobyte i zaoszczędzone przez nich pieniądze pomnożymy stukrotnie – i tyle będą mogli wydać na atrakcje w luksusowym kurorcie.
Proszę się nie dziwić tej propozycji – to nie szalony wymysł domorosłego psychologa. Koncepcję tego typu szkoleń opracowano na Harvardzie, a testowano w tysiącach firm i instytucji na świecie. Nawet w NASA.
Zapewniam - już po dwóch dniach szkolenia zmieni się nastawienie grupy...
Noc pierwsza – nocleg w barze
Lądujemy. Tropik, w oddali widać sylwetki palm, a nieco bliżej kontrolę celną prowadzoną przez uzbrojonych po zęby mundurowych. Rafał załatwia za nas formalności i stwierdza: - To by było na tyle, dalej radzicie sobie sami.
Zaskoczeni, po raz pierwszy dowiadujemy się, jaki scenariusz nam zgotowano. Owszem, spodziewaliśmy się, że będą trudne zadania, survival i adrenalina. Ale że będziemy zdani na siebie w obcym kraju? I to bez pieniędzy (wcześniej, pod pretekstem dokonania wymiany, Rafał zebrał od nas wszystkie posiadane dolary)?
Dostajemy do ręki listę dwunastu dziwnie brzmiących słów. – To nazwy placów – wyjaśnia nasz trener. – Tam pod fontannami szukajcie wskazówek, które zdradzą miejsce ukrycia sakiewki.
Otrzymujemy też garść drobnych. Ponoć starczy ich na nocleg dla dwóch osób. Albo na kurs sześciu taksówek do miasta (lotnisko jest na dalekich przedmieściach). Albo na trzy kursy tam i z powrotem. Albo na dwa kursy i jeden plan miasta. Jak wydamy monety – decyzja należy do nas. – Nie jedźcie taksówkami w grupach mniejszych niż trzyosobowe, to niebezpieczne – rzuca na odchodnym Rafał.
Po blisko dwóch godzinach sporów o to, kto ma być szefem grupy, jaką strategię przyjmiemy i kto pojedzie do miasta, kupujemy plan i decydujemy się na dwa kursy w obie strony.
Po pięciu godzinach wysłannicy wracają zmęczeni i głodni. Znaleźli cztery place i tylko trzy wskazówki. Zbliża się noc, a my jesteśmy nadal na lotnisku, z ciężkimi bagażami. Rafał gdzieś zniknął.
Postanawiamy iść piechotą do miasta. Mamy mapę – trafimy. Tak nam się przynajmniej wydaje przez pierwsze trzy kwadranse marszu. Potem pojawia się zmęczenie i zwątpienie. Podczas jednego z postojów mija nas kobieta wyglądająca na Europejkę: blond włosy, jasna cera. – Halo – krzyczymy po angielsku – czy może nam pani pomóc?
Ku naszemu zdziwieniu, kobieta okazuje się… Polką. Ma na imię Monika i mieszka tu od 5 lat – wyszła tu za mąż. Mówi, że bez pieniędzy nic nie załatwimy, ale jej teść prowadzi bar, w którym możemy spędzić noc. Co prawda na podłodze, ale i tak nie mamy nic lepszego. Monika proponuje nawet, żebyśmy zjedli pieczywo, które nie sprzedało się w ciągu dnia. Tego wieczoru stary chleb z wodą mineralną traktujemy jak wybawienie...
Następnego dnia okazuje się, że spotkanie z Moniką nie było przypadkowe. To inny trener Training Partners. Rafał obserwował, dokąd pójdziemy i wysłał Monikę na „przypadkowy spacer” – bał się o nas nocą, w niezbyt bezpiecznym mieście. A bar wynajął wcześniej od tutejszego właściciela.
Noc druga – nareszcie się udało
Rano postanawiamy, że koniec z głupimi przygodami. Zażądamy oddania naszych dolarów i kupimy za nie nocleg w hotelu. Potem wracamy do Polski. – Nie ma sprawy – stwierdza Rafał, który pojawia się godzinę później. – Najbliższy lot naszą linią jest za trzy dni, ale nie ma już wolnych miejsc. Mogę spróbować przerezerwować bilety na kolejny termin, za tydzień. Ew. musicie kupić przelot innymi liniami, waszych dolarów wystarczy na bilet dla dwóch osób. Kto się zgłasza na ochotnika? Zapiszcie mi nazwiska, żebym mógł poinformować waszego przełożonego o rezygnacji ze szkolenia. Jeśli jednak pozostaniecie, sakiewka nadal czeka.
Pół godziny burzliwej narady... i decydujemy się jednak zostać. Nikt nie chce wrócić do firmy z opinia niezorganizowanego mięczaka. Dziś pokażemy im, że potrafimy sobie poradzić.
Co ciekawe, tym razem opracowanie planu trwa tylko godzinę i odbywa się bez krzyku. Decydujemy się podzielić na pięć grup – każda odwiedzi jeden lub dwa place. Ci o najlepszej kondycji mają dojść do placu na drugim końcu miasta.
O szesnastej jesteśmy z powrotem. Mamy 12 liter, teraz trzeba je dopasować do odpowiedniej nazwy na mapie. Jeszcze pół godziny... i wiemy, gdzie jest nasza sakiewka. Po kolejnych dwóch godzinach przed nami leży worek monet. Obliczamy, ile przypada na głowę i za ile możemy kupić obiad, nocleg i śniadanie.
Po kwadransie kolejny sukces: mamy hotel, na który nas stać. Niektórzy, szczęśliwi, natychmiast próbują pobrać klucz z recepcji. Hamuje nas Darek, na co dzień księgowy. – Moment – krzyczy – nie wiemy co nas jeszcze czeka. Dajmy sobie godzinę na znalezienie czegoś tańszego, a zaoszczędzoną kasę damy do wspólnej puli.
Znowu konflikt: połowa się zgadza, reszta natychmiast chce wejść pod ciepły prysznic. Ostatecznie wygrywa jednak pomysł Darka. Po kolejnej półgodzinie znajdujemy hotel tańszy blisko o połowę. Jeszcze nie wiemy, że jutro będziemy za to całować naszego księgowego po rękach...
Noc trzecia – autobus
- Dziś przed wami tylko jedno zadanie: kupić bilet i wsiąść do autobusu – mówi Rafał, ale nikt mu nie wierzy. Wietrzymy podstęp, szczególnie, że nie musimy walczyć o pieniądze na bilet. Odbieramy od prowadzącego sakiewkę. Dziwnie mała, ale pewnie bilety są tańsze niż hotele.
Dostajemy cel: nic nie mówiącą nam nazwę miasta. Mamy się tam dostać do rana (jazda potrwa 10 godzin, nocą). Zadanie: odnaleźć dworzec, wsiąść do właściwego autobusu, wysiąść tam gdzie trzeba. Łatwe? Nie w mieście, w którym jest kilka rożnych dworców (nie ma ich na mapie), prawie nikt nie mówi po angielsku, a rozkłady jazdy nie obowiązują.
Przypadkiem udaje nam się odnaleźć hotel międzynarodowej sieci. W recepcji znają angielski. Zaznaczają nam na mapie trzy miejsca, z których odjeżdżają autobusy we właściwym kierunku. Zapada decyzja: rozdzielamy się i idziemy sprawdzić wszystkie. Ja trafiam do grupy, która pojedzie na dworzec w południowej dzielnicy.
Po dwudziestu minutach taksówka zajeżdża na wielkie klepisko, na którym stoi kilkadziesiąt starych autobusów. Na dachach mają wielkie bagażniki. Tutejsi mieszkańcy autobusem wożą cały dobytek, więc kierowcy uwijają się, wnosząc na dach skrzynki warzyw, meble, wielkie worki z ubraniami i mnóstwo innych sprzętów. Obok autobusów biegają nastoletni chłopcy, wykrzykując nazwy miast, do których jadą. Gdy pytamy ich o nasz kierunek, wszyscy potakują i zapraszają do swojego autobusu. Dziwne – bo na każdym na tabliczce widnieje inna nazwa. Nie nasza. Ale upewnieni, że z tego dworca odjeżdżają właściwe autobusy, wracamy do reszty grupy.
Na miejscu okazuje się, że wszyscy mają identyczne obserwacje. Zdezorientowani nie wiemy, co robić. Wracamy do pracownika hotelowej recepcji. – Z każdego z tych dworców odchodzą autobusy w waszym kierunku – tłumaczy. – Ale nie pytajcie naganiaczy „czy jedziesz tam i tam” bo widząc bogatego białego, zawsze potwierdzą, licząc na zarobek. Pytajcie „dokąd jedziesz” i wtedy sam poda nazwę.
Na kartce zapisuje nam tłumaczenie pytania „przez jakie miasta jedzie ten autobus” i każe je pokazywać naganiaczom. Dzięki temu po dwóch godzinach siedzimy w autobusie, który – jak nam się wydaje – jedzie tam, gdzie trzeba. Na dodatek mamy osobistą satysfakcję: udaremniliśmy kolejną pułapkę Rafała. W sakiewce, którą otrzymaliśmy rano, było za mało pieniędzy na bilety. Ale dzięki wczorajszemu skąpstwu Darka, mieliśmy zapasowe pieniądze.
Noc szósta – prawdziwe wyzwanie
Przez kolejne dni Rafał zaskakuje nas dalszymi niespodziankami. Zapuszczamy się w dżunglę, negocjujemy z tubylcami na lokalnym targowisku (a ci widząc białego podnoszą ceny), albo musimy sprzedać zdezelowaną rykszę. Codziennie ta sama reguła: za wykonane zadanie sakiewka, za porażkę – radźcie sobie sami. Ale idzie nam coraz lepiej – wszystkich tak pochłonęły zadania, że jakoś zapomnieliśmy o osobistych animozjach. Dyskusje są krótsze, błyskawicznie wybieramy wspólny plan i dzielimy się pracą. Łucja i Grażyna – które w firmie omijają się szerokim łukiem – wczoraj nawet nie zauważyły, że zgodziły się spać we wspólnym pokoju.
- Jesteście już gotowi na prawdziwe wyzwanie – stwierdza pewnego ranka Rafał, czym nieco nas zaskakuje, by wydaje nam się, że prawdziwe wyzwania już były. – Idziemy w góry – kontynuuje trener, a w pokoju pojawia się znamy nam już Maciek. – Przekroczymy granicę pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza – stwierdza, rzucając na podłogę liny i czekany.
Zanim zdążymy przemyśleć jego propozycje, dostajemy polecenie: przepakować plecaki. Niestety, miejsce lekkiego ubrania zajmuje ciężki sprzęt wspinaczkowy. W góry pójdziemy niczym juczne konie. Mamy opcję: wynająć tragarzy. Za odpowiednią opłatą poniosą plecaki. – Ale tyle, ile na nich wydacie, odpadnie wam od końcowej wygranej – ostrzega nasz trener. W końcu, po burzliwej dyskusji, decydujemy się wynająć czterech. Każdy tragarz weźmie jeden plecak - będą pomagać tym z nas, którzy opadną z sił.
Niewielki bus dowozi nas pod masyw, którego wysokość przeraża niemal wszystkich. – Mamy tam wejść? – pyta z wahaniem w głosie Grażyna. – Nie musicie – uśmiecha się Maciek. – Ale za każdą osobę, która przekroczy każde kolejne 100 metrów wysokości dostaniecie garść monet. Jeśli chcecie, żeby wystarczyło wam pieniędzy na dojazd do obiecanego kurortu i atrakcje w hotelu, musicie albo wszyscy wejść powyżej 4000 metrów, albo połowa z was powyżej 5000.
Znowu narada i analiza kondycji każdego z nas. Okazuje się, że wszyscy chcą iść tak długo, jak zdołają. Zapada decyzja: co 500 metrów wysokości będziemy formować kilkuosobowe grupki osób, które już dalej nie są w stanie wejść. Mają zakładać obozy i czekać na resztę.
Noc dziewiąta – pod śniegiem
Pierwszego dnia – z pomocą tragarzy – wszyscy idą w miarę równym tempem. Maciek z Rafałem nie pozwalają nam zresztą na przyspieszanie. – To nie gra na czas, ale na wytrwałość – powtarzają. – Jeśli przyspieszycie, organizm nie zdąży się dostosować do rozrzedzonego powietrza i jutro czekają was mdłości i bóle głowy.
Drugiego dnia rano trzy osoby stwierdzają, że dalej nie pójdą – noc w górach i ciężki marsz to ponad ich siły. Decydujemy, że zostawimy im jednego tragarza, który zna okolicę. Maciek zabiera całą trójkę na bok, wręcza jakąś paczkę i długą chwilę coś tłumaczy. Reszta w tym czasie ma pierwsze zadanie: przygotować posiłek. Nie wiadomo skąd, Rafał wyciąga 30 jajek i sakiewkę. – Jeśli wszyscy zjemy jajecznicę, ta sakiewka jest wasza – informuje. Początkowo tylko się uśmiechamy, ale w końcu ktoś znajduje płaski kamień i proponuje rozgrzać go jak patelnię – nad ogniskiem. Działa – po godzinie jemy jajecznicę.
- Mam dla was dwie wiadomości, dobrą i złą – stwierdza Maciek, gdy kończymy się pakować po śniadaniu. – Dobra: dostaniecie krótkofalówki, mapę i kompas. Zła: dziś idziecie sami. Tragarze dostali zakaz pokazywania drogi, a my z Rafałem będziemy kilkanaście minut za wami.
Nieco zbici z tropu, ruszamy. Jednak już po godzinie widać, że mamy słabsze tempo niż wczoraj. Gubimy drogę i co chwilę się zatrzymujemy – co zresztą nawet nam się podoba, bo na tej wysokości, w rzadkim powietrzu, znacznie trudniej złapać oddech. W ten sposób idziemy do wczesnego popołudnia, kiedy decydujemy się zatrzymać na obiad – czyli zupki z kubka. Po chwili doganiają nas Rafał z Maćkiem – Gratulujemy – krzyczą – właśnie minęliście 4000 metrów. Podbudowani tą wiadomością, decydujemy, że do zmroku spróbujemy przekroczyć 4500… Reszta dnia przebiega w cichym marszu – wszyscy łapią oddech, nikt nie rozmawia, nawet kierunek drogi ustalamy pokazując palcami.
Następnego dnia rano do magicznej granicy pozostaje nam zaledwie 500 metrów, ale kolejne 2 osoby decydują się zejść na dół – choroba wysokościowa dała im się we znaki. Nikt nie ma do nich pretensji. Znów decyzja: do doliny sprowadzi ich tragarz.
Dziś idziemy jeszcze wolniej, szczególnie że miejscami pojawia się już śnieg i musimy się związać dla asekuracji. O czternastej Maciek zatrzymuje nas i stwierdza: - 5000 metrów pod nami.
Kiedy leżymy z głowami na plecakach, Rafał proponuje: - zarobiliście na hotel i niezłą imprezę. Ale jeśli zgodzicie się tutaj wybudować jamę śnieżną i spędzicie w niej noc, na dole stawiam wszystkim butelkę prawdziwego francuskiego szampana.
Chwila narady i... wszyscy się zgadzają. Mamy już pieniądze, ale chcemy jeszcze udowodnić Rafałowi, że jesteśmy lepsi niż myśli. Bierzemy od Maćka „instrukcję budowy jamy śnieżnej” (wbrew pozorom to skomplikowana konstrukcja) i chwytamy – z braku szpadli – za menażki. Po dwóch godzinach możemy położyć się w wygodnym, zadaszonym legowisku. Zmęczeni zasypiamy bez kolacji.
Noc jedenasta – w luksusach
Następnego dnia późnym wieczorem schodzimy, ledwie żywi, do szosy, na której już czeka nasz autobus. W środku ci, którzy zeszli wcześniej. Jedziemy do hotelu i po drodze przeliczamy zarobione pieniądze. Jutro autokar przewiezie nas na weekend do luksusowego kurortu. Już wiemy, że dojadą tam zupełnie inni ludzie, niż ci, którzy wsiadali na Okęciu do samolotu. |